Dom pod fontanną

Dom, w którym właśnie jesteśmy, nie ma fontanny. Fontanna tryskała w Nowym Yorku, w pobliżu miejsca gdzie w 1948 roku założono pierwszy taki Dom-Klub. Ma za to coś, co daje osobom po kryzysach wsparcie, równowagę, cel, aktywność. Tak to ocenia Aneta, dlatego chciała powiedzieć, że fontanna dla osób po kryzysach to synonim możliwości, że jej krople są szansą na normalne życie.

Dom  wktórym nie ma fontanny
Jest poniedziałek, kręci się po tym niedużym domu chyba ze czterdzieści osób. Trudno uwierzyć, że to osoby chore. Rozmawiają głośno, choć nie za głośno, są wyluzowane, uśmiechnięte, zaciekawione moją obecnością, ale nie natrętne. Rozmawiałam nieraz z chorymi psychicznie, ale zawsze w szpitalach, klinikach i nigdy nie były to rozmowy łatwe. Pierwszy raz mam do czynienia z osobami, które o swoich chorobach mówią otwarcie. Zaskakuje mnie ich spontaniczność, chęć działania.
- Nie zawsze tak jest - mówi Aneta - czasem nie chce się wstać z łóżka, ale odkąd mamy swój Dom, mamy motywację, żeby pociągnąć ten kolejny dzień, żeby żyć dalej. Wie, co mówi, bywa tu prawie codziennie, a szukała takiego miejsca od 2005 roku. Po długim leczeniu jej zdrowie polepszyło się, ale wiedziała, że zamknięta w czterech ścianach, szybko popadnie w kolejną depresję. Cały czas zastanawiała się, co zrobić ze swoim życiem, jaki ono ma sens? Chciała mieć przyjaciół, chciała wyjść z domu, ale to przerastało jej możliwości wtopienia się w grupę osób idących ulicą. Byli za głośni i szli zbyt szybko. Czuła, że odstaje, że na nią patrzą, że zaraz będą ją wytykać palcami. Mówiła więc głośno, żeby ktoś ją wreszcie usłyszał, ale wtedy było jeszcze gorzej. Rodzina pomagała, a raczej chciała pomóc. Dziś, po tych wszystkich szkoleniach, rozmowach z psychologami, Aneta ocenia, że przez tę jej chorobę sami byli chorzy, zalęknieni, bezradni. Że jest taki Dom, dowiedziała się w Miejskim Ośrodku Pomocy Społecznej.  Przyszła z ciekawości i została.
   W pokoju pani kierownik Julii Piotrowicz jest bardzo ciasno, na dodatek koleżanka zajmująca biurko po sąsiedzku wróciła po skończonych zajęciach, pochyla się nad papierami, nie chcemy przeszkadzać. Przenosimy się do świetlicy, która w części jest jadalnią, w części salą konferencyjną, salą spotkań, terapii, w zależności od potrzeb. W pokoju zamontowano podwójny zlew, blaty, można przygotować coś szybkiego do jedzenia. Pośrodku stoi podłużny, duży stół. Mimo tej wielofunkcyjności jest przytulnie i jakoś swojsko. Może także za sprawą otwartych drzwi na korytarz. Rozmawiamy i choć potrzebowałabym nieco skupienia, otwarte drzwi pozwalają na pośpieszny przegląd bywalców domu: ktoś zagląda, padają pytania, ktoś się wita, ktoś żegna, bo właśnie zakończył dyżur.
Julia Piotrowicz stale uśmiechnięta odpowiada na moje pytania, okazując jednocześnie zainteresowanie każdemu, kto zagląda do świetlicy.

    Krzysztof
Krzysztof ma za sobą dwie próby samobójcze, poważne zaburzenia pamięci, przerwane studia, strach przed wejściem do środowiska ludzi zdrowych i orzeczenie lekarskie: psychoza paranoidalna.
A właściwie to wszystko już miał, gdy skończył 24 lata. Studia zaczął śpiewająco, ale potem pojawiły się kłopoty. Ciągle był zmęczony, nie mógł się skupić, stracił zainteresowanie czymkolwiek. Koledzy się odsunęli, stał się odludkiem. Musiał odpocząć, zaczął podróżować po Polsce. Studiował na Akademii Wychowania Fizycznego, ale zawsze interesowała go także historia. Lubił czytać o bohaterach narodowych. Gdy znalazł się pod pomnikiem Nieznanego Żołnierza, coś pokręciło jego myśli. Jako Krzysztof chciał tylko podziękować żołnierzom za ich odwagę i poświęcenie, ale ktoś malował w jego głowie sceny z jego udziałem. Żołnierze ożywali i on razem z nimi przechodził całą ich wojskową drogę. Walczył, cierpiał, bał się, umierał jak oni. Było bardzo ciężko!
Nagle  Krzysztof robi się niespokojny. Nie chce więcej wspominać tamtego udręczenia. W każdym razie to był przełom, wtedy dopiero zrozumiał, że dzieje się coś niedobrego. - Lekarze próbowali mnie mobilizować, ale ja tylko cierpiałem. Myślałem, że nie ma nadziei i odwrotu. Miałem silne zaburzenia, które nie pozwoliły mi przekazywać swoich myśli, zero siły na jakąkolwiek aktywność, stany lękowe. Bałem się wyjść z domu. Ale kontynuowałem swoją podróż. Pojechałem do Oświęcimia.
    Po obejrzeniu Auschwitz-Birkenau nie mógł się już pozbierać. Cierpiał tak, jak cierpieli więźniowie, był wyrywany w nocy na egzekucje, przykładano mu karabin do głowy. Wracał do swojego miasta, pisał protesty przeciwko wojnom, zawoził do Warszawy. Nie zdał egzaminu - jednego, potem drugiego. Stracił kolegów, wyleciał z uczelni. Zamknięty w domu odtwarzał bitwy, wojny, żadnej aktywności, żadnej chęci do życia. Do przyjścia do Domu namówiła go pewna młoda kobieta, ale nie chce do tego wracać, bo z tamtego związku nic nie zostało. Było pewnie za wcześnie, jeszcze nie był gotowy. Teraz, to co innego. Jest duszą towarzystwa, odnalazł spokój w tym Domu i w religii. Jest wesoły, ma powodzenie u kobiet. Lubi tańczyć i pracować, wszystko zrobi, żeby nie być już żołnierzem na wojennym szlaku, ani więźniem Oświęcimia. Nie powie gdzie pracuje, ale po tych wszystkich kursach asertywności, budowania nastawienia, po studyjnych wyjazdach i wielu, wielu rozmowach, gotowy był na podjęcie pracy.
To nie to samo, co zapalenie płuc
- Osoby po kryzysach psychicznych, to nie to samo, co osoby po zapaleniu płuc, czy przebytej chorobie onkologicznej - mówi psychiatra, Małgorzata Malesza- Muczko. Najpierw muszą chcieć powrotu do społeczeństwa, muszą nabrać przekonania i odwagi. Potem muszą przełamać własny lęk, zahamowanie, niemoc, niewiarę. Zdrowi nie wiedzą, że każda choroba psychiczna to wyjątkowa niepełnosprawność, obejmująca całego człowieka. O działalności Domu pod Fontanną wie od dawna. Mówi, że nie sposób przecenić jego znaczenia. - Miewam pacjentów z tego domu. Lekarstwa, owszem muszą przyjmować, ale praca, którą tam wykonują, nadzieja, która się w nich budzi, wreszcie kontakty, które nawiązują sprawiają, że chorują krócej, łatwiej wracają do normalnego życia. Chorzy uczą się języków, obsługi komputera, a nawet grafiki komputerowej, czy odkrywania własnej spontaniczności.
- Z tą twórczą spontanicznością, to nie jest tak, że po skończonym kursie ona sama wyłania się jak Feniks z popiołów - zauważa Piotrowicz. Aby ją rozwinąć wychodzimy w grupach 20-osobowych do teatru, filharmonii, na wystawy. Zresztą nie tylko w Kielcach. Byliśmy w Grotesce i Bagateli w Krakowie. - Mamy plany takich „wyjść” na kilka miesięcy do przodu.
Co by było, gdyby nie terapia?
Justyna ma okrągłą, ładną twarz, iskierki w oczach, stale się uśmiecha nawet kiedy mówi, że kiedyś, gdy z mamą szukały takiego miejsca było bardzo, bardzo źle. Bała się swoich myśli samobójczych, pustki, która ją wypełniała. Nie było po co żyć, nie wiedziała dlaczego warto żyć i brała bardzo dużo leków. Teraz też bierze, ale o wiele mniej i nie codziennie. Najgorzej wspomina lęk, który w niej siedział, gdy pracowała w kwiaciarni. Nie mogła się skupić, ciągle bała się, że nie podoła, że następny klient postawi przed nią zadanie nie do wykonania, że nie spodoba się bukiet, albo ona-Justyna, bo wiadomo, ludzie są różni.
Co by było, gdyby nie terapia tutaj, Pod Fontanną? - pytam? Nie chce wiedzieć. Nie chce pamiętać o chwilach, gdy chciała się zabić. Nie po to tu przychodzi, żeby rozmyślać, ale żeby robić pożyteczne rzeczy. Przed chwilą skończyła zajęcia, a jeszcze musi posprzątać, bo pracuje w tym tygodniu w sekcji higieny.
Sześć lat minęło
Jest późne popołudnie. Drzwi Domu się nie zamykają. Pan Stefan z sekcji Administracji, pełni dziś dyżur w recepcji, witał mnie, gdy wchodziłam, podał ulotki, teraz z uśmiechem wyjaśnia, że członkowie Domu przychodzą tu także po południu. Niektórzy dlatego, że nie mogą przyjść w ciągu dnia, bo pracują, inni dlatego, że po południu ćwiczą na siłowni, albo chodzą z kijkami, albo jadą do Strawczyna na basen.
- Chodzi o to, abyśmy byli w ruchu, jak wszyscy pozostali - wyjaśnia Aneta.
W kieleckim Domu po Fontanną pracują tylko cztery osoby. Na grubo ponad stu członków. Ale to wystarczy, chodzi przecież o to, aby sami jak najwięcej pracowali. Taka jest idea; muszą sami myśleć i sami wykonywać zadania, które nakreślili. Personel pomaga, specjaliści uczą, ale Dom prowadzą jego członkowie. Członkostwo jest dożywotnie. Aktywnych członków jest ok. 50, ale przy okazji świąt, rocznic, przychodzi o wiele więcej. Nie mieszczą się w salach. Czego brakuje? Julia Piotrowicz nie narzeka. Wszystkie braki przyćmiewa fakt, że się udało. Że nie medyczny, nie terapeutyczny ośrodek okazał się strzałem w dziesiątkę. Piotrowicz wierzy, że nikt już nie myśli o ich Domu jako o czymś przejściowym, nawet Ci, kiedyś sceptycznie nastawieni do pomysłu założenia w Kielcach Domu pod Fontanną. Jedynego w swoim rodzaju, jednego z dwóch takich w Polsce.
 

Komentarze

Gratuluję pomysłu z tym blogiem.
Trzymam kciuki za dalszy rozwój.
Pozdrawiam

Dziękuje bardzo. Staram się, żeby był ciekawy.

Bardzo nieudolny artykuł. Raczej nieznajomość tematyki.... i prawa

Nie wiem co Pani ma na myśli, ale podobać się ten reportaż nie musi. Pozdrawiam Panią seredcznie

asertywność czas nieokreślony Depresja Durczok dziennikarze europarlament expośe Ida kandydaci konkurs Kopacz lekarze lewica Lubawski marszałek prezydent wybory media Ogórek papierosy Platforma PO pornografia poseł posłanka prawo prezydent prezydent Lubawski kandydaci prezydent wybory PSL psychoza Putin płuca radio Rosja sejm starosta tabletki terapia Thatcher ubodzy Ukraina umowa.praca upartyjnienie wojna wybory zarobki Żakowski

Ostatnie komentarze